środa, 17 sierpnia 2016

Spełnione marzenie o Azji - podsumowanie wyprawy

O podróży tej marzyłam od wielu lat. Już od dzieciństwa, bardziej ciągnęło mnie na Wschód, niż na Zachód (co nie oznacza jednak, że i o tym drugim kierunku nie marzę:)). Pomysł pojawił się spontanicznie w marcu ubiegłego roku. Siedziałam znudzona w pracy i fantazjowałam o dalekich zakątkach świata (zdarza mi się to notorycznie), aż nagle przyszła myśl:  

Czas wyrwać się gdzieś dalej, poza Europę! Najlepiej w stronę Wietnamu! 

 Hanoi

Maciek zgodził się bez oporów i wstępnie wyznaczyliśmy datę na późną jesień lub zimę następnego roku - kiedy w tamtych rejonach panuje pora sucha. Od tej chwili, większość pieniędzy zarobionych na emigracji odkładaliśmy właśnie na ten, jakże szczytny cel (na szczęście, w Irlandii łatwiej się oszczędza), a i do pracy chodziło się jakby przyjemniej;) Zaproponowaliśmy wyjazd znajomym, którzy zgodzili się z radością. No to jedziemy w czwórkę! Gdzie tam, nawet w piątkę!

Miesiące mijały (w moim odczuciu czas nagle zwolnił i dłużył się niemiłosiernie;)), a my przygotowywaliśmy się do podróży oraz rozpatrywaliśmy wady i zalety szczepień. W sierpniu kupiliśmy bilety lotnicze. W Internecie zamówiliśmy saszetki na dokumenty - do noszenia pod bluzką, kupiliśmy ręczniki z microfibry i kilka innych drobiazgów. Przejrzałam na trzech blogach długie listy rzeczy do zabrania (ciuchy, apteczka, moskitiera, aparat itp) i ułożyłam jedną, dopasowaną pod nas. Potem już tylko odhaczałam. Choć lecieliśmy liniami British Airways, postanowiliśmy spakować się do niedużych plecaków, które mieszczą się w kabinie tanich linii lotniczych. Bo kto by chciał dźwigać 15 kg przez kilka tygodni... Ostatecznie, każdy nosił po 7-8 kg, co i tak w upale dawało się we znaki. 

Plan trasy miałam w głowie praktycznie od samego początku. Wiedziałam, co i gdzie pragnę zobaczyć, trasa wykształciła się zatem samoistnie. Należę do tych osób, które w wolnych chwilach - w ramach hobby - rozmyślają, planują podróże i sprawdzają kilometraż w google maps, więc jeśli ktoś ma z tym problem, polecam się na przyszłość;) Później, za radą Malwiny, zmieniliśmy jednak Birmę (trochę mnie to bolało, ale szybko wyszło nam na dobre) na Laos, dzięki czemu utworzyła się logiczna pętla. Gdy plan został poprawiony i zatwierdzony przez wszystkich, zaczęłam przygotowywać się merytorycznie.

Czytałam, czytałam i jeszcze raz czytałam - głównie na blogach i stronach informacyjnych ale też w książkach, przewodniku - wszędzie. Do tego dużo notowałam w zeszycie, który zabrałam ze sobą (później, już w Azji, w tym samym zeszycie pisałam dziennik). Opracowałam informacje, o każdym, z odwiedzonych przez nas miejsc, a w czasie zwiedzania czytałam zainteresowanym;) - tak wiem, to chyba jakiś zespół natręctw;)

 Przewodnik, który zabraliśmy ze sobą - polecamy!

W końcu, nadszedł ten piękny moment, gdy złożyliśmy wypowiedzenia w pracy (nikt by nam nie dał siedmiu tygodni urlopu - takie szalone decyzje mają plusy i minusy;)) i polecieliśmy w siną dal...

Oto podsumowanie oraz wnioski, jakie wyciągnęliśmy po powrocie:

1. Podróżowaliśmy: po 6 krajach Azji Południowo-Wschodniej. Chciałam, byśmy w miarę możliwości, odwiedzili wszystkie najważniejsze atrakcje każdego z nich. Mieliśmy zobaczyć, w którym państwie spodoba się nam najbardziej, tak, by w przyszłości wiedzieć, do którego chcemy ewentualnie wrócić. Taka Azja w przekroju dla początkujących.

Choć z małymi wpadkami, zrealizowaliśmy cały program!

2.  Odwiedziliśmy:

*6 krajów: Tajlandia, Laos, Wietnam, Kambodża, Singapur, Malezja

*6 stolic: Bangkok, Wientian, Hanoi, Phnom Penh, Singapur oraz Kuala Lumpur

*10 atrakcji przyrodniczych i 17 atrakcji kulturowych - starałam się, by wszystko było wyważone - w programie panowała harmonia między cudami natury a antropogenicznymi perełkami;)

*9 miejsc z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO 
Kambodża - Świątynie Angkoru (dodatkowo Tonle Sap - rezerwat biosfery UNESCO) 
Laos - Miasteczko Luang Prabang nad Mekongiem
Malezja - Kolonialne miasteczko Georgetown
Wietnam
Cytadela cesarska w Hanoi
Zatoka Ha Long
Zespół krajobrazowy Trang An (Ninh Binh) 
Cytadela w Hue
Miasteczko Hoi An
Sanktuarium My Son

Byliśmy też na przedstawieniu wodnych marionetek w Hanoi, które zaliczane jest do wietnamskiego dziedzictwa niematerialnego.

* 4 parki narodowe
Phou Khao Khouay w Laosie
Cat Ba w Wietnamie
Taman Negara Pualau Pinang w Malezji
Laem Son w Tajlandii

3. Ponadto
* Kąpaliśmy się w 2 oceanach: Spokojnym (Morze Południowochińskie) oraz Indyjskim (Cieśnina Malakka oraz Morze Andamańskie) oraz w 3 wodospadach (Laos)

*Bardzo pozytywnie zaskoczył nas Bangkok - co za miasto!

* Kilkakrotnie wędrowaliśmy przez dżunglę (Laos, Wietnam, Tajlandia, Malezja)

* Płynęliśmy najdłuższą rzeką Półwyspu Indochińskiego - Mekongiem (dwukrotnie). W Wietnamie wybraliśmy się na wycieczkę rzeką Ngô Đồng (wśród gór i jaskiń).

* Odwiedziliśmy pawilon dla słoni (Tajlandia) oraz dwie Plaże Małp (Wietnam, Malezja)

* Jeździliśmy skuterami po utartych szlakach oraz bezdrożach (Laos, Wietnam, Kambodża, Malezja)

* Piliśmy herbatę wśród herbacianych wzgórz

* Odwiedziliśmy ponad 15 buddyjskich świątyń oraz 3 hinduskie

* Dotarliśmy nad największe jezioro w regionie - Tonle Sap

* Zwiedziliśmy 2 kolebki regionalnych cywilizacji (Ayutthaya oraz Świątynie Angkoru), które na przełomie XVII i XVIII wieku stanowiły światowe potęgi, a ich populacje przekraczały milion mieszkańców.

*Eksplorowaliśmy wielką jaskinię Tham Poukham w Laosie

*Spacerowaliśmy po 3 kolonialnych miasteczkach: Luang Prabang, Hoi An oraz George Town

*Podziwialiśmy poranny rytuał zbierania jałmużny, z którego słynie Luang Prabang, a także słuchaliśmy buddyjskich mantr w jednej ze świątyń Bangkoku

*Osiem razy skorzystaliśmy z masażu (Tajlandia, Laos, Wietnam, Kambodża). Najlepszy odbyliśmy w Tajlandii i Wietnamie. Wybraliśmy się też na tzw. fish massage (Kambodża)

*Spędziliśmy tydzień w raju! Widzieliśmy dzioborożce i jedne z najpiękniejszych zachodów słońca!

*Zrealizowaliśmy 7 punktów z mojej bucket list

*Regularnie jadaliśmy na ulicy w - podobno - obskurnych garkuchniach, których nasz polski sanepid nie nadążałby zamykać. Tam gdzie miejscowi - najtaniej i najsmaczniej, bez dwóch zdań! Jedliśmy też ostrygi, ślimaki oraz dwa razy sushi. Na miejscu ani razu niczym się nie zatruliśmy. Odchorowaliśmy za to po powrocie 3-dniową Zemstą Ho Chi Minha;) Później już, od doktorki dowiedziałam się, że to normalne, po powrocie z egzotycznych krajów, gdyż organizm znów przestawia się na kuchnię europejską. Tam jedliśmy dużo zdrowiej i bez zbędnego wysiłku, wszyscy nieco schudliśmy;)

 Świątynie Angkoru

Bezpieczeństwo: Nie przytrafiła się nam ani jedna niepokojąca sytuacja. Azjaci są przemili:) Trzeba orientować się w cenach i uważać jedynie na naciągaczy.

Zaliczyliśmy 3 wpadki: 
*Nie sprawdziliśmy terminu obchodów Chińskiego Nowego Roku (nie jechaliśmy przecież do Chin - nawet nie przyszło nam do głowy, by wziąć to pod uwagę), przez co utknęliśmy na tydzień dłużej w Laosie. Z perspektywy dnia dzisiejszego wyszło nam to na dobre! Laos nas urzekł! Z drugiej strony musieliśmy rozdzielić się z Malwiną, na którą chłopak czekał w Wietnamie...
*Uciekł nam nocny autobus z Singapuru do Kuala Lumpur, przez co, stolicy Malezji w sumie nie zwiedziliśmy. Widzieliśmy jedynie wieże Petronas Towers.
*Zbyt mocno nastawiłam nas na pobyt w miasteczku George Town. Niestety, Wyspa Penang szybko nas zraziła, ale ze względu na wcześniejszą rezerwację pociągu do Tajlandii, nie mogliśmy się wcześniej stamtąd ulotnić. Utknęliśmy w George Town na 3,5 dnia.

Gdzie podobało się nam najbardziej?
Wielokrotnie o tym dyskutowaliśmy. Mi najbardziej podobało się w Laosie. No zakochałam się! Na same wspomnienie miasteczka Luang Prabang, wycieczki skuterami po okolicach Vang Vieng i mijanych po drodze wioskach) mam motyle w brzuchu (ajjj tęskno mi i chcę wracać). Maćkowi w Tajlandii - przyjaźni ludzie, ceny, nasza wyspa, Bangkok i jakaś taka sielskość... Rozumiem go! Wietnam, na który nastawiałam się najbardziej, miał dla mnie dużą wartość sentymentalną (śladami Dziadków), lecz wylądował na miejscu drugim;) O przewrotny L(a)osie! Kambodżę ciężko nam oceniać - 3 dni pobytu to raczej niewiele, by móc się wypowiadać (stolica nieciekawa, jednak wioska na palach nad jeziorem Tonle Sap i Świątynie Angkoru - marzenie!). Singapur - całkiem inna bajka! Miasto przyszłości, które przywróciło nas o zawrót głowy! Malezja... Gdyby nie spacery wśród herbacianych wzgórz w Cameron Highlands, wrócilibyśmy całkiem zawiedzeni. Plusem okazała się za to urozmaicona kuchnia (hinduskie i arabskie przyprawy)!

 Hanoi - Babcia 50 lat wcześniej, wnuczka 50 lat później

Wnioski:
Azja bardzo przypadła nam do gustu! Ludzie, klimat, jedzenie, architektura, religia, przyroda, krajobrazy - naprawdę wszystko! Program zrealizowaliśmy i to nawet z nawiązką, wróciliśmy w pełni usatysfakcjonowani! Jednak, już w samolocie powrotnym do Europy, stwierdziliśmy, że następnym razem przyjmujemy inną taktykę: mniej a dokładniej. Choć nie żałujemy ani chwili, a cała podróż zapewniła nam ogrom wrażeń, przygód i radości, przy następnej okazji zamierzamy postawić na jakość, a nie ilość. Skupić się na maksymalnie dwóch krajach, a nie sześciu;) Bo ledwo się z którymś z krajów zaprzyjaźniliśmy, ledwo poczuliśmy się zadomowieni, a już trzeba było go opuszczać. Jak wyjeżdżaliśmy z Laosu i Wietnamu to serce mi pękało! Jak odlatywaliśmy z Bangkoku, to wybuchło i się rozlało. Chcę tam wrócić! Natychmiast!

 Ayutthaya, Tajladnia
Pierwsze 4 tygodnie: Bangkok - Bangkok
Kolejne 3 tygodnie: Singapur - Bangkok

Od teraz, wszystkie posty z azjatyckiej wyprawy będą na blogu otagowane wspólną etykietą #7weekstravel. Podobnie na moim Instagramie zewprzygody_callofadventure. Obserwujcie, zapraszam! Gdyby ktoś chciał poczytać o wyprawie od początku - pierwszym postem z serii był Rozbuchany Bangkok. Dzięki za uwagę!:)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Money, money, money...czyli co, gdzie i za ile?!

Rozkład i kosztorys wyprawy do Azji Południowo-Wschodniej:

Termin: 2 lutego - 19 marca (prawie 7 tygodni)
*Wyjazd odbyliśmy w porze suchej
** Wycieczka typowo backpackerska, nastawiona na częste przemieszczanie się; każdy zabrał po niedużym plecaku (podręcznym, by zbyt wiele nie dźwigać)

Ilość dni na miejscu: 44
*Z tego 35 dni zwiedzania oraz 1 dzień plażowania w Wietnamie, 1 w Malezji  i 7 w Tajlandii

Odwiedzane po kolei kraje i ilość spędzonych dni w każdym z nich: Tajlandia (4) - Laos- (10) - Wietnam (10) - Kambodża (3) -Tajlandia (1) - Singapur (2) -Malezja (6) -Tajlandia (8)

Przybliżona ilość kilometrów przebytych drogą lądową: 6000

Koszt biletów lotniczych: 550 euro na osobę w 2 strony (ale z Polski da się nawet od 400 euro)
* Przeloty na trasie:  Dublin - Londyn - Bangkok - Londyn - Dublin
** Linie British Airways (ok 13h w podróży w jedną stronę). Linie oceniamy na 3/5.

Średnia dzienna ilość wydatków na parę: 60 euro (nocleg, posiłki, transport, zakupy, przyjemności)
*Z tego, co porównywałam w Internecie, wydawałoby się, że żyliśmy na "bogato". Czy ja wiem? Naszym zdaniem, żyliśmy oszczędnie (chociaż nie biednie) i rozsądnie.
  
Średnie koszta noclegu: Od 3,5 euro na osobę za noc (koszt pokoju dwuosobowego to np 7-8euro; trzyosobowego to np 12 euro). Najdrożej na trasie wyszedł nas nocleg w Singapurze: 13 euro na osobę za noc w 10-osobowym dormitorium. Za bungalow na wyspie płaciliśmy nieco więcej, niż za spanie na lądzie: 17 euro na 2 osoby za noc. Noclegów szukaliśmy na bieżąco, pytając w hostelach oraz w pokojach gościnnych. Z wyprzedzeniem zarezerwowaliśmy jedynie nocleg w Singapurze.

Money, money, money...

Średnie koszta posiłków: 25 euro na parę dziennie (w tym przekąski, owoce i napoje: piwo, koktajle owocowe, których aż grzech nie pić). Ceny dań w knajpkach na tajskiej wyspie (podczas tygodnia relaksu) były średnio o 2-3 euro droższe niż na lądzie.

 Zupa w ulicznej garkuchni to wydatek 1-1,5 euro (w Singapurze 4 euro)

Transport
*Uśrednione koszta transportu wrzuciłam do kategorii inne. Pokonywaliśmy krótsze i dłuższe trasy. Ciężko to spamiętać. Zdarzało, że za przejazd nocnym pociągiem (kuszetką) płaciliśmy 18 euro. Innym razem za równie długi odcinek, jednak przebyty za dnia, płaciliśmy 2-3 euro.
** Najczęściej poruszaliśmy się autobusami (z czego 3 razy nocnymi, z leżankami), busikami/vanami lub pociągami (w Tajlandii oraz krótki odcinek w Malezji)
***Aż 8 razy - w kilku krajach - wypożyczyliśmy skuter (za wszelkie awarie płaciliśmy z własnej kieszeni) i tylko 1 raz wynajęliśmy rowery (Tajlandia)
**** W sumie 2 razy odbyliśmy rejsy statkami wycieczkowymi (podczas krótkich wycieczek fakultatywnych w Wietnamie), płynęliśmy też promem, jeden raz łodziami (Wietnam). Kilka razy skorzystaliśmy z taksówek wodnych (Bangkok, Luang Prabang). Dwa razy pływaliśmy kajakiem;)
***** Kilka razy jechaliśmy autostopem: pięć krótkich odcinków w Cameron Highlands w Malezji oraz dwie krótkie przejażdżki w Tajlandii (w drodze na dworzec kolejowy). 
****** W Bangkoku korzystaliśmy z metra i kolejki miejskiej Sky Train, jednak najczęściej poruszaliśmy się tuk-tukami (po negocjacjach 2,5 euro za 5 km - wg opinii w sieci to najbardziej sprawiedliwa stawka)
******* Trzy razy skorzystaliśmy z przelotów regionalnych

 Ruch uliczny w Azji

Inne uśrednione wydatki dzienne: 27 euro na parę (masaże, pamiątki, przejazdy, zakupy, wstępy do atrakcji)
*Najdroższy bilet - do Świątyń Angkoru - kosztował nas 20 euro/osobę/1 dzień. (Warto!)
**Kolejny drogi wstęp - do pałacu królewskiego w Bangkoku kosztuje 12 euro/osobę (Nie warto!)
*** Reszta wstępów oscylowała w granicach 0,5 do 5 euro, gdzie 5 to było już naprawdę sporo
**** Ceny za tajski masaż zaczynają się od 5 euro za godzinę 

Koszta dodatkowe:
1. Wizy
Laos 31$
Wietnam 50$  (w tym promesa)
Kambodża 35$

 wizy

2. Nadprogramowe przeloty regionalne
Vientian - Hanoi (105 euro na osobę) Vietnam Airlines
Da Nang - Sajgon (40euro na osobę) Jetstar Airines
Bangkok - Singapur (45euro na osobę) AirAsia Airlines

Waluta:
*bahty w Tajlandii
*kipy w Laosie
*dongi w Wietnamie
*riele oraz $ w Kambodży
*dolary singapurskie w Singapurze
*ringgity w Malezji

Szczepienia:
Do odwiedzonych krajów szczepienia były jedynie zalecane, nie obowiązkowe. Byliśmy szczepieni już na WZW typu B, błonicę i tężec. Ja, 2 tygodnie przed wyjazdem szczepiłam się dodatkowo na WZW typu A (pierwsza dawka 200 zł, drugą przyjmuje się po pół roku - znów 200 zł, co daje wówczas ochronę do końca życia), Maciek nie chciał. Szczepienie na dur brzuszny było akurat niedostępne, zarówno w Polsce jak i Niemczech, być może i na nie bym się zdecydowała.

Ciekawostka: Ceny w Laosie i Kambodży były nieco wyższe niż w Tajlandii.
Najtańszy z odwiedzonych krajów: Tajlandia
Najdroższy z odwiedzonych krajów: Singapur

 Laotańskie kipy

Suma wszystkich wydatków na parę za 7 tygodni w podróży (w tym przeloty):
4 000 euro 

Wskazówka: przy każdej większej podróży warto korzystać z aplikacji na telefon Trabee Pocket. Maciek (mój osobisty księgowy) zapisywał w niej wszystkie nasze wydatki (w kategoriach: nocleg, transport, zakupy, pożywienie oraz inne), które same się sumowały. Dzięki temu mieliśmy pełną kontrolę nad budżetem, którym trudniej zarządzać przy długim pobycie i szybkim tempie zwiedzania.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Park narodowy Laem Son. Niebo na Ziemi. A my w nim;)

Trafiliśmy do raju. Tak się poczułam, gdy późnym popołudniem wyszłam na werandę naszego domku i spojrzałam na Morze Andamańskie (po niemal dobie w podróży i poszukiwaniach tego jedynego bungalowa, ucięliśmy sobie zasłużoną drzemkę). Tak, to bez wątpienia Niebo na Ziemi. Przed moimi oczami roztaczał się widok jak z folderu - nieco kiczowatego ale wciąż urzekającego - cichy szum fal, pomarańczowe promienie zachodzącego słońca i kilka osób spacerujących nad brzegiem. Choć w rzeczywistości okazał się nawet lepszy! Lepszy, bo prawdziwy. Znacie to uczucie, gdy spełnia się Wasze marzenie? Podobne do motyli w brzuchu tuż przed ważną randką;) Sen na jawie, który okazuje się rzeczywistością, a Ty podskakujesz jak dziecko przed wigilią. I właśnie w podskokach pobiegłam obudzić Maćka, żeby przypadkiem nie przegapił pierwszego zachodu słońca:)


Od początku wiedzieliśmy, że nasz ostatni tydzień podróży chcemy przeznaczyć na porządny odpoczynek. Wybraliśmy malutką tajską wyspę, o której dowiedziałam się od ciotki, i której współrzędnych geograficznych nakazano mi strzec, choćby mnie żywcem palili. Żartuję;) Kto był, skojarzy ze zdjęć lub dostał pocztówkę - super. Ale tutaj nazwy nie napiszę, obiecałam i już. Dlaczego? Bo coraz mniej takich kameralnych małych rajów, do których turystyka masowa jeszcze nie dotarła. Należy je chronić, by nie zostały zamienione w bestialskie kurorty! Zresztą, jeśli lubicie szaleć i imprezować, zanudzilibyście się na śmierć. Tu wszyscy chodzą wcześnie spać;)

W każdym razie, znaleźliśmy się w zasięgu parku narodowego Laem Son, słynącego z mangrowców, dzioborożców i orzeszków nerkowca. Zatoka w północno-zachodniej części wyspy stała się naszą ostoją. Moglibyśmy jej nie opuszczać, jednak czasem nachodziła nas ochota na spacer lub niezastąpiony tajski masaż;) Ze trzy razy wybraliśmy się też do miasteczka (dwie uliczki na krzyż), które stanowiło stolicę wyspy. Szło się około 20 minut, jedyną główną drogą o szerokości 2 metrów.
Ktoś pomyśli: ale nuda! Nieee. Właśnie tego potrzebowaliśmy po 6 tygodniach zwiedzania;)

Dziś nastawcie się raczej na tropikalne widoczki niż wartość merytoryczną posta;)
Nasza trasa: George Town, Malezja - Ranong, Tajlandia (ponad 700km). Kilkanaście godzin w pociągu (ze spaniem) do Chumphon, a potem jeszcze z 4h autobusem do Ranong.
Nasza hacjenda, tuż przy plaży:)
Pierwszy wieczór na wyspie - tuż po sjeście
I premierowy zachód słońca. Ciężko się nie zakochać!
Już zaraz zniknie..
 Współlokato Stefan;)
Bardzo leniwy poranek... Widok z werandy
Podczas tygodnia na wyspie, przyjęliśmy całkiem nową taktykę. Dość szybko chodziliśmy spać, ale i budziliśmy się wcześnie. Jak na nas. Jakoś miedzy 7 a 8 rano;)
Delektując się...
Plaża, dzika plaża:)
Już pierwszego dnia przykuły naszą uwagę. Z początku myśleliśmy, że to jakaś lokalna odmiana tukanów. Okazało się jednak, że to Dzioborożce - bardzo przyjazne stworzonka!
Latały wszędzie i nie mogliśmy oderwać od nich wzroku!
W drodze do miasteczka
Mijamy buddyjską świątynię
 Centrum miasteczka;)
Kilka knajpek, parę sklepików i kantor;)
Znów u siebie;) Jak mi brakuje tego widoku...
Mango sticky rice - soczyste mango i kleisty ryż w mleczku kokosowym
Idziemy odkryć północną plażę
Nie może być lepiej... Może?
Nasza ulubiona knajpka - tam jadaliśmy większość posiłków. Sympatyczna, niemal rodzinna atmosfera (po 2 dniach kojarzyliśmy już wszystkich i witaliśmy się ze stałymi bywalcami).
Arbuzika? Nieee. Kolega wolał mięsko;)
Czekając na zachód słońca
Kurczak Matsaman w sosie curry z mleczkiem kokosowym
Zachód słońca nad Morzem Andamańskim
Dla niektórych kiczowata pocztówka, dla mnie cudowne wspomnienie:)
W odwiedzinach na nowej plaży
Zagadka: cóż to za owoc? Już podpowiadam: to żaden owoc! Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób rosną orzeszki nerkowca? To te małe odstające dzyndzle. Reszta nie nadaje się do spożycia i poniewiera się po całej wyspie, fermentując specyficznym zapaszkiem...
A oto jak się je suszy, zanim trafią do torebki - tuż przy drodze
Palmowy wachlarz
Kolejnego dnia wypożyczyliśmy kajak i popłynęliśmy do końca naszej zatoki obejrzeć lasy namorzynowe. Znajduje się tam malutka wioseczka z rdzennymi mieszkańcami wyspy, jednak podobno teraz jest już mniej autentyczna i trochę skomercjalizowana.
Łodzie mieszkańców wioski
Przystanek wśród mangrowców
W powrotnej drodze trafiliśmy na wielką płyciznę...
i postanowiliśmy wysiąść z kajaka (te morskie są strasznie niewygodne)
Co jeszcze można robić na wyspie? Odpoczywać w kawiarence;)
Lub w hamaku - w cieniu naszej werandy;)
Podczas gdy inne psiaki leżały leniwie w cieniu drzew, ten tutaj, codziennie zażywał długiej kąpieli w morzu:) Co jakiś czas zabawnie podskakiwał, starając się dorwać jakąś rybę;)
Aj, cóż to była za niebiańska plaża...
Z wody nie chciało się wychodzić..
Ktoś ma ochotę na drzemkę?
Obiadek w naszej ulubionej knajpce
Idealna miejscówka do kontemplacji
Ostatni wieczór na wyspie
Jeszcze jedno spojrzenie na wyspę - tydzień minął zbyt szybko!
Czekając na motorówkę, która zabierze nas na ląd..
 Droga powrotna z Singapuru do Bangkoku - koniec trasy.

Uroczyście i z niemałym smutkiem zawiadamiam, iż był to ostatni post z naszej podróży po Azji Południowo-Wschodniej. Pobyt na wyspie okazał się wisienką na torcie i pozwolił nam naładować baterię przed powrotem do Irlandii. Już niebawem podsumowanie i kosztorys wyprawy. Zaglądajcie koniecznie!